Inspirujący wpływ Alzheimera

Opieka nad osobą z chorobą Alzheimera wyzwala u opiekunów przeróżne reakcje: niedowierzanie w chwili pierwszej diagnozy, bunt typu „dlaczego trafiło właśnie na mnie”, codzienną walkę z problemami, wreszcie ogromne zmęczenie fizyczne i psychiczne….

Doświadczając przez kilka lat wszystkich tych uczuć w związku z opieką nad mamą zmagającą się z chorobą Alzheimera, z zaskoczeniem odkrywałam jak ważna jest pamięć. To ona osadza nas w bezpiecznej, w miarę przewidywalnej rzeczywistości. To pamięć sprawia, że czujemy przynależność do rodziny, mogąc pełnić jednocześnie różne role społeczne.

Lęk przed chorobą i świadomość nieuchronnego odchodzenia w przeszłość tego wszystkiego, co nazywamy historią rodziny, przyczyniły się do powstania książki „Wydobyte z niepamięci”. Praca nad odtworzeniem tego, co było jeszcze tak żywe w opowieściach rodzinnych, stanowiła swoistą terapią pomagającą złagodzić i przetrwać trudne chwile po odejściu osoby najbliższej, chorującej na alzheimera.

Pisząc książkę miałam nadzieję, że zabierając czytelników w podróż do minionego czasu – ubiegłowiecznego Lublina z czasów młodości mojej babci i mamy, i Sandomierza, będącego świadkiem mego szczęśliwego dzieciństwa i wczesnej młodości – uświadomię czytającym jak ważną częścią naszego życia jest pamięć. Również i ta związana z drzewem rodzinnym.

Zbliżają się Święta Wielkanocne. Cofam się wstecz, sięgając pamięcią w świat dzieciństwa i dawnych Wielkanocy.

Wraz z książką „Wydobyte z niepamięci” zapraszam do podróży w czasie.

http://img690.imageshack.us/img690/4277/okladkawlasciwa2.jpg

[...] Znowu mam pięć lat. Idę z Mamą na targ czyli na rynek. Kupimy kurę, masło, jajka. Przepełnia mnie poczucie bezpieczeństwa i beztroski, otacza miłość. Wokół sami przychylni ludzie. 

Wszyscy oni już dawno odeszli, a jednak wciąż żyją w mojej wdzięcznej pamięci. To nic, że nie ma już tamtego Sandomierza i tamtego domu na Piszczelach. To magiczne miejsce wciąż istnieje w mojej pamięci!

Pamięć – oby jak najdłużej mi służyła…

 

IX. Święta wielkanocne.

Po wiosennych porządkach dom wymyty, odkurzony, wypastowany i wywietrzony, był przygotowany do świąt.

Przed Wielkanocą odbywał się jeszcze jeden rytuał: kupowało się młodą gąskę i tuczyło specjalnie przygotowanymi kluskami wtykanymi jej głęboko do gardła – wyglądało to koszmarnie, gęś prawie się dusiła, nie mogąc tego przełknąć – nigdy tego osobiście nie robiłam, a widziałam jedynie w dzieciństwie, bardzo nieszczęsnej gęsi żałując. Tym niemniej efekt był imponujący, bowiem gęś bardzo szybko na wadze przybierała.

Tydzień przed świętami wielkanocnymi farbowało się jajka (najczęściej w łupinkach z cebuli) i robiło pisanki. Prawdziwe arcydzieła wychodziły spod ręki mojej Mamy, my raczej psuliśmy ufarbowane jajka, niż cokolwiek z nich robili. Mama, z blaszki zdjętej z zakończenia sznurówek, robiła pisak osadzony na drewienku i woskiem zdobiła jajka, później farbując je na różny kolor. Potrafiła też kawałkiem żyletki wydrapywać piękne wzory na ufarbowanych w cebuli jajkach, do dziś pamiętam, że jedne z tych wzorów nazywały się wiatraczkami.

Na wilgotnej ligninie siało się rzeżuchę, aby można było na niej ustawić Baranka na odświętnym wielkanocnym stole. Niekiedy bywało, że zabrakło kluczowego elementu, bowiem cukrowy baranek został pożarty przez któregoś z domowych łasuchów. Wtedy w odwodzie pozostawał baranek gipsowy, o ile tylko nie został wcześniej stłuczony – oczywiście niechcący, przez jakąś domową niezgrabę.

Ostatnie dni przed świętami poświęcone były przygotowywaniu potraw. Piekło się mięsa i ciasta: obowiązkowo – baby drożdżowe. Największym problemem była w tym wypadku dobra mąka i świeże drożdże. Jajka kupowało się na targu, mleko przywożono w wielkiej bańce z Żurawicy, gdzie pracował w owym czasie mój Tata.

Jako rodzinny, przeraźliwie chudy niejadek, nie pamiętam dokładnego składu świątecznego śniadania. Z pewnością był tam domowy pasztet, ćwikła, jakieś pieczone mięsa i ciasta. Z ciast zapamiętałam drożdżowe baby, bowiem w czasie, gdy rosły, nie można było tupać, hałasować i robić przeciągów. Pamiętam też, że wyrabianie ciasta trwało bardzo długo. Były też mazurki zdobione pomarańczową skórką, której produkcja trwała przez całą zimę, kiedy można było dostać pomarańcze. Żadna skórka nie miała prawa się zmarnować, będąc bezcennym wręcz półproduktem. Przepis na skórkę pomarańczową w lukrze podał Mamie pan Piątkiewicz, w którego dawnym majątku również nic się nigdy nie marnowało.

[…] Jak już wspominałam w domu na Piszczelach był kaflowy piec kuchenny wyposażony w tzw. duchówkę, która służyła do wypieków rozmaitego asortymentu. Obsługa owego piekarnika wymagała wprawy i doświadczenia – przy zbyt wysokiej temperaturze można było ciasto spalić, przy zbyt niskiej powstawał zakalec. Dlatego też pieczenie ciasta, zwłaszcza drożdżowego, przypominało misterium. Mama siedząca na niskim stołeczku przed piekarnikiem pilnowała wypieku, od czasu do czasu dokładając pod kuchnię i ostrożnie podglądając ciasto. Drzwiczki do piekarnika były metalowe, więc można było cokolwiek w środku zobaczyć tylko lekko uchylając drzwiczki i przyświecając sobie latarką. A przy tym należało uważać, aby się nie poparzyć.

Dzisiaj wydaje mi się, że posiadanie dwóch par rąk nie byłoby nadmiarem, aby podołać tym czynnościom. A jednak spod ręki Mamy wychodziły prawdziwe smakowitości, mimo, iż jak sama wspominała, wychodząc za mąż umiała gotować tylko jabłczankę (zupę owocową z jabłek). Tak to sprawdziło się powiedzenie, że praktyka czyni mistrza!

[…] W Wielką Sobotę szliśmy do kościoła św. Pawła poświęcić koszyczek. W koszyczku był kawałek chleba, pisanka, jajko ugotowane na twardo, sól, babeczka drożdżowa, kiełbasa i wielkanocny Baranek. Koszyczek był pięknie przybrany barwinkiem i przykryty bielutką haftowaną serwetką.

[…] W Wielkanoc, po mszy świętej, zasiadało się do uroczystego śniadania. Najpierw oczywiście dzieliliśmy się jajkiem, składając sobie nawzajem życzenia. Stół wielkanocny, mimo powojennej mizerii, zawsze był suto zastawiony.

(Fragmenty książki „Wydobyte z niepamięci”, część „Kroniki Sandomierskie”)

Książka jest dostępna w Lubelskim Stowarzyszeniu Alzheimerowskim.


 

 

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak Kategori. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.